Przez żołądek do wiedzy

0
1

Tajemnicę procesu trawienia odkrył amerykański lekarz William Beaumont. Nigdy by jednak tego nie osiągnął, gdyby nie pewien traper, Alexis St. Martin, którego żołądek stał przed naukowcem otworem. Dosłownie.

Nigdy nie ulegało wątpliwości, że dla funkcjonowania organizmu niezbędne jest regularne spożywanie pokarmu. Ale to, co działo się z przeżutymi kęsami po pokonaniu tej nieomal magicznej granicy przełyku, długo pozostawało jedną z największych zagadek fizjologii. No bo jak tu zajrzeć do żołądka? Można, oczywiście, przebadać jego zawartość podczas sekcji zwłok, ale po pierwsze, na nadmiar świeżych trupów anatomowie zwykle nie narzekali, a po drugie – żołądek żywego człowieka pracuje, martwego – nie. Na przełomie XVIII i XIX w. badacze zaczęli jednak powoli odkrywać tajemnice tego organu. Spory udział miał w tym francuski uczony René Réaumur, notabene, znany także z opracowania skali temperatur.Dziura w brzuchu

Przedmiotem swoich, przyznajmy okrutnych, badań Francuz uczynił drapieżnego ptaka – kanię. Wciskał mu w gardło m.in. metalowe, perforowane tuby wypełnione karmą, które za pomocą przyczepionego sznurka wyciągał z żołądka po kilku godzinach. Karmił też ptaka kawałkami gąbki, która – po zwróceniu przez umęczone zwierzę – nasiąknięta była sokami żołądkowymi.

Dzięki tym eksperymentom (m.in. wykryciu kwasu w treści żołądkowej) koncepcja rozkładu gnilnego jedzenia w brzuchu odeszła do lamusa, a naukowcy powszechnie przyjęli, że w żołądku mają miejsce znacznie szybsze procesy chemiczne. Pomimo to wciąż niewiele wiadomo było o pracy ludzkiego układu pokarmowego, różniącego się jednak zasadniczo od trzewi kani pana Réaumura. I nagle pewien szczęśliwy traf posunął naprzód naszą wiedzę gastrologiczną. Szczęśliwy – dla ludzkości, bo sam bohater zdarzenia raczej nie uznał go za pomyślny.

Tym bohaterem był młody kanadyjski traper (courer de bois, czyli goniec leśny, jak nazywano ich w Kanadzie) Alexis St. Martin. 6 lipca 1822 r. wszedł do siedziby American Fur Company na wyspie Mackinac na pograniczu amerykańsko-kanadyjskim. Miał tam pewnie zamiar sprzedać zdobyte od Indian skóry, nie spodziewał się jednak, że w kantorze monopolisty handlu futrami otrze się o śmierć.

To był wypadek – strzelba jednego z klientów AFC przypadkowo wystrzeliła – prosto w St. Martina. Obecni w kantorze ludzie spojrzeli na ogromną dziurę w brzuchu młodego człowieka i spisali go na straty. Ponieważ jednak traper dawał znaki życia, posłali (dla formalności) po lekarza. Po dwudziestu minutach na miejsce przybył William Beaumont, wojskowy medyk z miejscowego fortu. On też nie miał specjalnych nadziei. Pocisk zrobił pod lewą piersią ofiary wyrwę wielkości pięści, wciskając w ranę strzępy odzieży i pogruchotane żebra. Najgorsza była jednak dziura w żołądku, przez którą powoli wypływało śniadanie. – Chłopak ma przed sobą najwyżej 36 godzin życia – orzekł Beaumont. Można było ufać jego ocenie, jako lekarz wojskowy widział już niejedną ranę postrzałową.

Lekkostrawna kapusta

A jednak wola życia młodego trapera okazała się więcej warta od doświadczenia starego wygi. St. Martin nie poddał się upływowi krwi, przetrwał półtora tygodnia gorączki i kolejne tygodnie, kiedy jego ciało wydalało przez ranę wszystkie obce ciała. Ofiara postrzału nie była w stanie jeść ani pić, więc przez wiele dni Beaumont (który zaopiekował się rannym) dokarmiał go dojelitowo, płynami podawanymi per rectum. Wreszcie rany trapera zabliźniły niemal całkowicie. Niemal, bo w powłoce brzusznej pozostała dziura, której zamknąć się nie dało. Co ciekawsze, jej brzegi zrosły się z krawędzią dziury w żołądku. W ten sposób powstała przetoka, otwór dający swobodny dostęp do żołądka. St. Martin powoli dochodził do siebie, cały czas pod opieką lekarza, który wyrwał go z objęć śmierci. Po jakimś czasie mógł już jeść, choć przetokę trzeba było, naturalnie, zatykać.

Po trzech latach Beaumont przeniósł się do odległego o 500 mil Niagara Falls. Zabrał swojego podopiecznego ze sobą i tam, znacznie bliżej cywilizacji, wpadł na szatański pomysł: a gdyby tak wykorzystać to naturalne okienko do podglądania ludzkiego trawienia? Traper musiał być bardzo wdzięczny swojemu lekarzowi za uratowanie życia, zgadzał się bowiem na eksperymenty zgoła zdumiewające. Zajrzyjmy do pamiętnika Beaumonta: „1 sierpnia 1825 r. o godzinie 12 wprowadziłem do żołądka przez otwór następujące produkty żywnościowe, zawieszone na jedwabnych niciach (…): mianowicie, kawałek mocno doprawionego boeuf à la mode [pieczeń wołowa – red.], kawałek tłustej, surowej, solonej wieprzowiny, kawałek chudej, surowej, solonej wołowiny, kawałek gotowanej solonej wołowiny, kawałek czerstwego chleba i pęk pasków surowej kapusty”.

Pociągając co jakiś czas za jedwabne nitki, badacz mógł sprawdzać, w jakim stanie są poszczególne frykasy i ustalić kolejność trawienia. Kapusta i chleb poddały się sokom żołądkowym jako pierwsze, potem zniknęły gotowane i surowe kawałki mięsa, na samym końcu zaś – boeuf à la mode, co wydaje się oczywistością każdemu, kto usiłował się zdrzemnąć po solidnym niedzielnym pieczystym.

Proszę się nie żołądkować

Beaumont miał też inne pomysły. Wsuwając termometr przez otwór wprost do żołądka stwierdził, że panuje tam temperatura 38ºC. Pobierając soki żołądkowe był w stanie ustalić ich odczyn (kwasowy). Zorientował się też, że pusty żołądek ich nie wydziela, dopiero pojawienie się jedzenia stymuluje ich produkcję. Choć nie tylko – wykrył bowiem soki również w chwilach, kiedy pacjent denerwował się, czyli – mówiąc kolokwialnie – żołądkował.

To wtedy St. Martin, zmęczony swoją rolą gastroenterologicznego królika doświadczalnego, uciekł nagle od Beaumonta. Po prawie trzech latach odnalazł go w Kanadzie jeden z handlowców American Fur Company – zaniedbanego, rozpitego i chorego. Napisał list do lekarza, a ten po raz kolejny uratował życie nieszczęsnemu traperowi, ściągając go do siebie.

Przez kolejne cztery wiosny Beaumont kontynuował faszerowanie St. Martina najróżniejszymi smakołykami i wyciąganie ich z brzucha, zanim zdążyły się strawić. Ustalił, że głównym składnikiem soków jest kwas solny. Nie tylko St. Martin był w tym duecie zdolny do poświęceń – czasami lekarz usiłował smakiem ocenić stopień strawienia pobranej z brzucha pacjenta treści żołądkowej!

Wreszcie losy lekarza i pacjenta rozeszły się na dobre. Beaumont przeniósł się do St. Louis, a St. Martin wrócił do Kanady, gdzie przez dekady dzielnie odpierał umizgi innych lekarzy, chcących przeprowadzić kolejne doświadczenia na jego otwartym żołądku. Człowiek, który miał już nie żyć, okazał się wyjątkowo długowieczny. Przeżył nie tylko swojego wybawiciela, żył dłużej niż dwanaścioro z siedemnaściorga własnych dzieci! Zmarł w Montrealu w 1880 r. Ponieważ kolejka medyków gotowych zajrzeć mu do żołądka nie malała, rodzina trzymała zwłoki w czerwcowym upale przez kilka dni, żeby zdążyły się przed pogrzebem solidnie rozłożyć. Pochowano go w bardzo, bardzo głębokim grobie.